Święta się zbliżają i chyba ma to także wpływ na koniarzy. Objawy? Muszę zrobić sześć prezenterek dla arabków. Właśnie dłubię koralikową, muszę zrobić jeszcze dwie z włóczki, takie tradycyjne i z taśmy razem z napierśnikami. Może w przyszłym roku powinnam naprodukować takich ze sto w różnych typach, kolorach i rozmiarach. Miałabym spokój ;-)
wtorek, 7 grudnia 2010
poniedziałek, 6 grudnia 2010
Mikołaj nie przyszedł...
No i w końcu sobie chyba nachlapałam. Mikołaja ani widu ani słychu. Chyba bardzo nabroiłam w tym roku bo nawet rózgi nie dostałam. ;-)
Konie dzisiaj rozleniwione i senne. Ja zresztą też. Chyba gwałtowne ocieplenie przyniosło jakąś zmianę w ciśnieniu. Na szczęście śnieg u nas nie stopniał, a tego obawiałam się najbardziej. Na sobotę możliwe, że będę miała najazd gości. Muszę przygotować aparat i konie. Szykuje się sesja foto ;-)
niedziela, 5 grudnia 2010
Śnieżne fotki...
Wyciągnęłam mojego złomka i zakładając do niego dłuższy obiektyw postanowiłam coś pofocić. Słońce jak się patrzy, śnieg i szron nadał miękkości krajobrazom. I choć aparat ledwie dyszy i prawdę mówiąc jest już na wykończeniu to coś tam udało mi się sklecić. No może nie jest to już taka jakość jak rok temu, gdy jeszcze jego stan był w miarę... Ale z braku laku jak to się mówi...
Dodatkowo poćwiczyłam z końmi trochę. Biały miał dzisiaj straszna ochotę coś zmalować. No to zmalowaliśmy wstęp do "klapy". Okazuje się, że nie będzie mu to sprawiać większej trudności. Ma bardziej elastyczne ścięgna nóg niż pozostałe arabsony. Więcej pracy będzie wymagać rozluźnienie i gimnastyka mięśni grzbietu. Ma tak potężne dwa schaby, że niejeden zimnokrwisty by się nie powstydził. A to arabek więc i drobniejszy i niższy. Większa i bardziej rozbudowana ilość mięśni wymaga dłuższej rozgrzewki i większej ilości rozciągających ćwiczeń. Gdybym od razu kazała mu robić tak głębokie skłony bez przygotowania to ryzykowałabym kontuzję konia. Można to porównać do szpagatu. Podobnie jak wszelkie ukłony, wspięcia, chody boczne w wyższym tempie. Mamy więc nad czym pracować :-)
Rudy nie opuszczał mnie dzisiaj ani na krok. Po dwudziestominutowym szaleństwie, podskokach i lizania śniegu, przykleił się do mnie i ani myślał gdzieś odchodzić. Wylizał mi kurtkę gdy siedziałam na ogrodzeniu wybiegu, rozwiązywał sznurowadła w budach, trącał nosem i tym podobne. Miał dzisiaj wolne od ćwiczeń za to postanowiłam pobyć z nim trochę na wybiegu. Dobrze jak podopieczny trochę więcej czasu spędza z człowiekiem niż tylko podczas treningów.
Siwy miał dzisiaj fazę na zaczepianie i świrowanie w śniegu. Z przyjemnością obserwowałam jak konisko wykorzystuje elementy z DV do zabawy na wybiegu. Ponieważ odkrył, że zatrzymania z galopu są łatwiejsze i fajniejsze jak podstawi się mocno zad pod siebie to co jakiś czas ten element wykonywał w dokładał do tego tracado. Ktoś powie, że konie tak robią. Że to naturalne. A figa tam... Nie tak... Ale tylko jak to się zobaczy na żywo to wie się o co chodzi. Zwłaszcza, że siwy bawił się tym elementem również w stępie. Zresztą zawsze jak nauczy się czegoś nowego to robi to później w czasie wolnym na wybiegu. W zeszłym roku obserwowałam go jak robił wspięcia i markowanie ataku do niewidzialnej postaci na środku wybiegu, po czym puszczał się dzikim galopem, oddawał serię bryknięć w powietrze by zatrzymać się, złapać jakiś patyczek w zęby i uciekać z nim jakby go ktoś faktycznie gonił. Jutro mam niecny plan pojeździć na nim na nowo upatrzonym miejscu. Śnieżek tam równo leży. Pod spodem w miarę gładko. Zobaczymy jak będzie nam się pracować :-)
wtorek, 30 listopada 2010
Pada śnieg! No i dobrze :-)
Zniknęło w końcu na dobre z moich oczu wszechogarniające błoto i mazia :-) Biało, puszysto i miło. Żeby tylko ten mróz był mniejszy. Rudy na tą okazję ma założoną derkę bo jako jedyny w końskiej gawiedzi nie obrasta na zimę niedźwiedziowym futrem. Nawet latem ma włos krótszy i bardziej miękki od pozostałych koni. Ot szlachciura koński. Błękitna krew :-)
Z racji miękkiego w końcu podłoża lecz nie śliskiego, podziałałam w nareszcie "mocniej" z Rudzielcem. Założyłam "ustrojstwo" na konia, bacik do ręki, linka i jazda do roboty. Muszę powiedzieć, że pracowało nam się przyjemnie.Poprawiła się rytmika, zrównoważenie i przerobiliśmy ostatnie elementy z tresury plus jeden nowy. Okazuje się, że Rudy podobnie jak Siwy świetnie pracuje i czeka na sygnały. Bez problemu, chętnie wykonuje co się od niego chce, a nawet stara się więcej niż mogłabym od niego oczekiwać. Wyraźnie widzę, że koń dojrzał emocjonalnie i uspokoił się. Robi wyraźne postępy w "klapie". Jest bardzo giętki, elastyczny, nie ma dla niego problemów z różnego rodzaju pozycjami. Na szczęście ma 100% zdrowe plecy. W innym przypadku nie robiłabym tego ćwiczenia. Można zrobić więcej złego niż dobrego jeśli uczy się różnych, nazwijmy to "sztuczek" konia, którego stanu zdrowia nie znamy ani nie potrafimy ocenić prawidłowo predyspozycji wynikających z budowy.
Mróz dzisiaj duży. Woda poprzymarzała w poidłach. Patrząc jednak na ładny, śnieżny krajobraz wprawiam się w dobry nastrój. Przypomniał mi się mecz "Śnieżnego Polo" pod Wielką Krokwią w Zakopanem ubiegłej zimy. Wygrzebałam parę fotek, które zrobiłam wtedy w zimnie, pośród wściekle wirujących płatków śniegu. Ale wtedy Auto Focus wariował :-)
niedziela, 28 listopada 2010
Zdolny Rudy i nadgorliwy Siwy
Mamy zimę!!! Śnieg za oknem, biało.... Przynajmniej całe to obrzydliwe błoto się schowało pod białą pierzynką. Miałam dzisiaj natchnienie na wprowadzenie nowych elementów w treningu Rudego i Siwego.
Rudy jest specyficzny, ma swoje w nosie i nie tylko... Postanowiłam się więc z nim pobawić na wybiegu. Jako, że Rudzielec to dziwak i za łażeniem po padoku zbyt długo nie przepada (tak, tak... Koń, który lubi siedzieć w boksie), postanowiłam umilić mu czas swoją obecnością. Ledwo go wypuściłam, a natychmiast przykleił się do mnie ani myśląc nigdzie odchodzić. Zrobiłam z nim kilka drobnych zabaw na skupienie uwagi i szacunek i zabrałam się za "klapę", której jeszcze nie robił. Nuuuudyyyy... Zajęło mu to może dwie minuty i załapał o co chodzi. Teraz wystarczy porobić ćwiczenia rozciągające i utrwalić odpowiedź na sygnał. Ponieważ zadanie wykonał poprawnie, pochwaliłam go i wyszłam z wybiegu. Odeszłam jakieś dwadzieścia metrów od padoku i tak z głupia frant, w sumie nie wiem co mnie podkusiło, zawołałam do niego po imieniu, a następnie podałam komendę głosową. Mój szok był BIG!!! Oczy mi wypadły ze swojego miejsca i zawisły na sprężynkach. Szczęka oparła się o mokry i zimny śnieg. Stałam z rozdziawioną i niezbyt mądrą minął jakąś chwilę. Bo oto moi drodzy, koń, który nigdy wcześniej nie był tego elementu uczony, wykonał "klapę", i to dwa razy raz po raz znajdując się ode mnie w odległości ponad dwudziestu metrów. Wystarczył mój głos! Oczywiście element ten nie był perfekcyjny. W końcu koń nie jest jeszcze porozciągany do tego ćwiczenia i jego nogi przednie pozostały w lekkim ugięciu (choć nie dużym). Głowa za to schowana elegancko pomiędzy kończynami, przód mocno obniżony! Normalnie rewelka. Mam kolejnego geniusza w stajni :-)
Potem przyszła kolej na Siwego. Chciałam z nim poćwiczyć podążanie za wskazanym punktem. Okazało się, że Siwy nie lubi tego ćwiczenia i nawet okazał to skubiąc mnie (nie mocno choć jednak) w rękaw. Skarciłam go głosem, wykonałam jeszcze powtórzenie i dałam mu z tym spokój. Przy innych nowych elementach, ogier kombinował, zgadywał, wymyślał jakieś swoje własne ćwiczenia i pozycje, No jest trochę nadgorliwy więc przy treningach z nim trzeba uzbroić się w cierpliwość i uważnie przyglądać się jego reakcjom. Jest bardzo spostrzegawczy więc czasami zrobi coś co nam się może wydawać bez sensu. Okazuje się przeważnie, że to człowiek, a to się ustawił w innej trochę pozycji niż normalnie, a to ciut bat inaczej trzyma, a to pod innym kątem. Różnice są zazwyczaj minimalne ale temu zwierzakowi wystarczy. Tak, tak.. to zawsze był spostrzegawczy koń. Przerobiliśmy pasaż po kole i wspięcia. Z nowych rzeczy podłapał piaff stojąc na wprost mnie, hiszpana na subtelniejsze sygnały i podążanie za batem w odpowiedniej pozycji. Musimy jeszcze poprawić to jego wklejanie się w człowieka. W sytuacji gdy robi nowe elementy czasami usiłuje zbytnio zbliżać się do mnie. Poćwiczyłam więc z nim jeszcze odsyłanie na odległość i pozostawanie w danym miejscu aż go przywołam. Znając go od tych kilku lat mogę śmiało twierdzić, że następny trening będzie jak olśnienie. Zawsze tak z nim jest. Pierwszy raz trudniej choć od razu "kuma czacze", drugi raz wykonuje nowy element jakby całe życie nie robił nic innego :-)
Ponieważ nie robiłam ostatnio nowych zdjęć, poniżej fotka z Siwym podczas małej zimowej sesyjki foto. Fot. Gosia Makosa
sobota, 27 listopada 2010
Narodziny...
Tak, tak... W końcu doczekaliśmy się. Wczoraj klacz pokazywała wyraźnie, że jej termin się zbliża. Dzisiejszej nocy mleko leciało z nabrzmiałych wymion jak z kranu. Krzyż lekko odgięty, zadek zrobił się nieco wpadły... Efektem tego był poród o godzinie 3.40. Klacz osiemnastoletnia więc już większej uwagi wymagała. Przy porodzie byłam od początku do końca i jeszcze trochę dłużej :-)
Sam poród sprawił klaczy małą co prawda lecz jednak trudność. Ruchy parcia były bardzo słabe. Szybko oceniłam sytuację i zarządziłam małą pomoc. Biedaczka parła ale udało jej się wypchnąć jedynie przednie nóżki i główkę. Obserwując ją zauważyłam, że na więcej nie ma możliwości. Poprosiłam "Połówkę" żeby chwycił delikatnie nóżki źrebaka i na mój sygnał delikatnie pociągał. Musieliśmy zgrać ten ruch z parciami klaczy. W innym przypadku nie wolno ciągnąć z powodu wysokiego ryzyka uszkodzenia dróg rodnych klaczy i samego źrebaka.
Z naszą pomocą dalszy poród przebiegł lekko. Ułożyliśmy małego przed pyskiem kobyły, która zadowolona rozpoczęła skrzętne wylizywanie i podszczypywanie małego. Musiał to być ciekawy widok ponieważ obok klaczy leżał źrebak i ja (znaczy się ja raczej klęczałam). Dumna matka przyglądała się moim czynnościom. Było zimno. Termometr wskazywał minus cztery stopnie. Mokre maleństwo drżało coraz bardziej z zimna. Zaordynowałam ręcznik wraz z klaczą osuszałyśmy źrebaka. Ja ręcznikiem ona językiem :-) Raz po raz sprawdzała co robię trącając mnie nosem. W końcu stwierdziła, że mój zapach też jest źrebięcy (byłam mokra od źrebaka i klaczy) i należy mnie dokładnie wylizać.
Źrebię okazało się rudo umaszczonym ogierkiem. Równie żywotnym i sprytnym co jego tatuś. Ledwo się ogarną to rżeniem obwieścił światu swoją obecność. I to donośnym. W tym momencie wszystkie szesnaście końskich gardeł odpowiedziało małemu na przywitanie. Kto nie miał do czynienia z końmi ten nie wie jaki to chałas ;-)
Dwie godziny po porodzie zmuszona byłam obudzić naszego ulubionego "weta". Mamuśka nie oczyściła się jak należy więc był potrzebny mały zabieg i antybiotyk. Jeden róg łożyska był bardzo silnie przytwierdzony. Jeżeli nie dopilnuje się tego, a klacz nie wyczyści się sama to po 12 godzina następuje tak zwany ochwat poporodowy. Dobrze, że można na naszego doktora liczyć w każdej sytuacji i o każdej porze. Taki lekarz weterynarii to skarb.
Mały w ciągu swoich pierwszych godzin życia dorobił się sporego doświadczenia:
- Zarżał donośnie
- Poplątały mu się nogi
- Odkrył, że posiada kończyny w ilości zatrważającej to znaczy sztuk cztery
- Odkrył, że cyca nie ma w powietrzu, na mojej kurtce, pod pachą mamy ani na jej szyi
- Staną pierwszego dęba
- Brykną dwa razy
- Kopnął
- Wkurzył się, że nie ma cycka tak gdzie myślał go znaleźć
- Nauczył się parskać
- Zapoznał się z "Imprintingiem" (cóż jestem zwolenniczką pierwszego kontaktu)
- Odkrył, że drapanie po szyjce i karku jest strasznie przyjemne
- Odkrył co to są łaskotki
- Odkrył, że mamie się nie podskakuje bo uszczypnie
Po takich emocjach, atrakcjach i ciężkiej pracy przyszedł czas na odpoczynek. Teraz sobie śpi słodko, a nad nim czuwa rodzicielka. Szukamy imienia na literkę E, co wcale nie jest takie łatwe. "D" już kombinuje i ma nawet kilka propozycji. Zobaczymy... A może ktoś ma jakiś pomysł?
piątek, 19 listopada 2010
Zima?
Niby zapowiadają od środy "najazd" zimy :-( Właściwie to lubię białe, puszyste widoki. Nawet krajobraz wygląda lepiej niż ta szara plucha jaką mamy na dzień dzisiejszy. Tymczasem jednak humor mam równie ponury jak pogodę, która częściej jest szara, mokra i nieprzyjemna jak słoneczna. Koniom nogi rozłażą się na błocie. Woda stoi nawet na wybiegach. Warunki atmosferyczne plus parę innych szczegółów, sprawiły, że nastrój mam raczej smętny.
W związku z brakiem ciekawych zajęć, zrobiłam "przemeblowanie" w boksach koni. Gniady zamieszkał w boksie rudego, a Rudy, jak się łatwo domyślić, wyprowadził się do lokum Gniadego. Teraz Gniady ma większy i ciut cieplejszy boks, co na jego 15-sto letnie kości będzie dobre, a Rudy ma mniejszy boks (choć także duży), co z kolei będzie dobre dla nas i naszych rąk zmęczonych sprzątaniem u Rudego :-) Nie wtajemniczonym wyjaśniam, że kochany Rudzielec jest żywym i radosnym koniem, który bawi się w swoim miejscu zamieszkania biegając, a właściwie galopując bo całym swoim metrażu. Skutek był taki, że już po dwóch, trzech godzinach, ściółka była zdeptana i zmierzwiona. Nocą więc miał już mokro w swoim lokum, a w porównaniu do pozostałych koni, wręcz tragicznie. Zabawy swoje uskuteczniał ze swoim końskim przyjacielem z boksu obok (Siwy). Teraz mając za sąsiada Białego jest dużo spokojniejszy, a z pewnością nie rozdeptuje już świeżej ściółki.
Zatęskniłam dziś do tych paru ciepłych dni tegorocznego lata. Do ciepłych podmuchów wiatru, słonecznych promieni muskających zboża, a później ścierniska. Może z pierwszym śniegiem humor mi się poprawi...
Subskrybuj:
Posty (Atom)












