piątek, 13 sierpnia 2010

Spadające gwiazdy...

Wczorajszy dzień (piszę wczorajszy bo mamy już chwilę po północy), początkowo nie zapowiadał się ciekawie. Zastanawiałam się co przyniesie nam tak atrakcyjna data jak piątek trzynastego. Zdjęć nowych nie zrobiłam. Słońce jak na złość wyjrzało za zamglonego nieba dopiero po szesnastej. Akurat pora i kolor światła mój ulubiony. W tym czasie przyleciał rozentuzjazmowany K z wielce radosną propozycją wypadu konno w teren. Początkowo mało chętnie, lecz przystałam na propozycję rozważając leniwie nad wyborem konia do przejażdżki. Wybór padł na mleczno siwego arabskiego wałaszka. K miał pojechać na ogierze, którego od pewnego czasu jeździ i startuje na nim w zawodach ujeżdżeniowych. Na siwym w terenie jeszcze nie byłam. Poprzednią opinię słyszałam mało pochlebną. Rzekomo trochę płochliwy. Zaopatrzyłam więc moją głowę w kask, nogi w oficerki, a konia w ochraniacze na cztery nogi i kaloszki. Spoglądnęłam na K i zasugerowałam zaopatrzenie swojej głowy w podobne jak moje urządzenie służące do ochrony szarych komórek. Jak się później okazało.... No ale o tym za chwilę.
Ruszyliśmy więc radośnie na naszą krótką wyprawę. Konie szły chętnie, równo, poparskując od czasu do czasu. Złote ścierniska kusiły do kłusa, a koni nie trzeba było specjalnie zachęcać. Przy końcu naszej przejażdżki jedno z takich ściernisk skusiło K aż nadto. Podczas gdy ja stępowałam sobie spokojnie po jego środku K ochoczo rozpoczynał właśnie galopy. Moje spojrzenie powędrowało po sylwetce konia i jeźdźca wyłapując błędy i zalety dosiadu oraz pracy wierzchowca . Popadłam w chwilowe roztargnienie i zamyślona spojrzałam w kierunku pastwisk dla klaczy, do których dojechaliśmy. Właśnie zastanawiałam się czy ogier K nie będzie wydziwiał jak zaraz zobaczy ponętne panny swojego gatunku, gdy jakieś przeczucie ponownie kazało mi spojrzeć w kierunku galopującej pary. Przez chwilę moje myśli dojrzewały jak zielone jabłka na drzewie bo nie bardzo wierzyłam w to co widzę. K wisiał, a właściwie powiewał w rytm radosnych podskoków karego, który za wszelką cenę postanowił pokazać gdzie jest miejsce jeźdźca. Zobaczyłam jeszcze trzy widowiskowe baranki i K znalazł się na ziemi. W ułamku sekundy uczyniłam to samo lecz z większą gracją bo z własnej woli mając nadzieję, że w ten sposób złapię uciekiniera, a nie zostanę razem z moim koniem przez niego pokryta. Kary miał jednak inne plany. Ochoczo galopując udał się zrobić małe zamieszanie najpierw przy wybiegu z kobyłami by potem narozrabiać na łące sąsiada porywając jego zimnokrwiste stadko. W tym wszystkim ja spokojnie, spacerkiem szłam jego śladami mając nadzieję, że w końcu przybiegnie do konia, którego zna. K w amoku biegał za koniem tam i z powrotem pokrzykując raz do niego raz do mnie coś od czasu do czasu. Przeanalizowałam sytuację i widząc, że w dwójkę nic nie zaradzimy, wsiadłam na siwego i ruszyłam jak najszybciej drogą przez lasek w kierunku naszej stajni po pomoc. Zawsze więcej osób to większe szanse na tak dużym areale ;-) Wyjeżdżając z leśnej dróżki, łąką obok minęłam K machającego rękami i coś tam wykrzykującego. Przede mną rozgrywał się dość ciekawy obrazek. Sąsiad usiłował ni to łapać karego ni to ratować swoje stado zimnokrwistych dziewczynek złorzecząc przy tym i sypiąc epitetami na czym świat stoi. Do tego wszystkiego łatały wszędzie jakieś snopki słomy, które konie porozwalały ze stogu, przy jakimś wozie szarpały się dwie kobyły dzwoniąc jakimś żelastwem przy uprzęży co nie bardzo podobało się z kolei mojemu koniowi. Boczkiem wyminęłam ten cały galimatias bacząc by samemu nie stać się jego częścią i wyciągniętym kłusem wpadłam na nasze podwórko wrzeszcząc wniebogłosy "K się sp........ł z konia! Trzeba pomóc łapać!" Szybko zeskoczyłam z siwego, jeszcze prędzej go rozsiodłałam (tu został chyba ustanowiony rekord świata), postawiłam jeszcze na baczność moją drugą połówkę i już miałam lecieć łapać konia K gdy zauważyłam, że sytuacja już została opanowana. Przynajmniej biegać nie musiałam ;-)
Po dniu pełnym wrażeń siedzieliśmy sobie przy ognisku, podjadaliśmy kiełbaski i pieczone ziemniaki. Spoglądając w niebo obserwowałam tradycyjny, sierpniowy rój meteorytów. Wtedy ktoś powiedział "No to widzieliśmy dziś spadające gwiazdy"  ;-)

Klacze arabskie na pastwisku

2 komentarze:

  1. Ciekawa historia ;) Chyba zaczne czytać regularnie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Wspaniale jak zawsze.......

    OdpowiedzUsuń